W tym roku roku miałem ambitne plany zobaczenia na Suwalszczyźnie tego wszystkiego, czego nie udało mi się zobaczyć wcześniej, a do tego przypomnieć sobie trasę sprzed dwóch lat... Oczywiście się nie udało, ale plany wcale nie są po to, żeby realizować je w 100 % ;) Chociaż fakt, rok temu udało mi się przejechać trasę niemal dokładnie tak jak zaplanowałem. Pozwolę sobie jednak zwrócić uwagę na to "niemal" :)
Tym razem nie była to samotna jazda - razem ze mną pojechał Paweł. Pomimo poważnych różnic przez równe 7 dni udało nam się jechać razem, co należy uznać za duże osiągnięcie ;)
Wspólna jazda pozwoliła więcej zwiedzić, jak również częściej niż zwykle nocować pod dachem :)
Trochę statystyki: wyprawa nie była zbyt długa, z planowanych ok. 12 dni zrobiło się 9, a kilometraż zmniejszył się z ok. 1000 km do 681 km, z czego 210 km przejechałem w terenie. Przez te 9 dni non-stop świeciło słońce, nie spadła nawet jedna, marna kropla deszczu - dopiero, gdy już byłem na dworcu w Białymstoku zaczęło padać i grzmieć, zdążyłem dosłownie w ostatniej chwili uciec.
Introdukcja - 24 lipiec 2008
Załadowaliśmy się do pociągu. W przedziale oprócz nas był jeszcze człowiek, który jechał z rowerem na przejażdżkę "po rodzinie" mieszkającej na Mazurach oraz szalony rowerzysta, który podobno potrafi przejechać kilka tysięcy kilometrów za jednym zamachem... Podróż pociągiem minęła spokojnie, co niestety nie oznacza, że się wyspaliśmy.
Dzień Pierwszy, 25 lipiec 2008
Trasa: Giżycko - Sulimy - Pieczonki - Kruklanki - Jeziorowskie - Podleśne - Leśny Zakątek - Czerwony Dwór - Dunajek - Siedlisko - Nasuty - Rudzie - Kamionki - Błażejewo - Suczki - Góra Gołdapska 64,35 km
Rano wytaszczyliśmy się razem z rowerami i bagażami z pociągu na stacji Giżycko. Po krótkim marudzeniu (robienie zdjęć, uświadamianie zbuntowanym mięśniom, że tak, zaraz trzeba będzie już na serio zacząć pedałować itp.) ruszyliśmy w drogę.
Na początku był asfaltowy etap do Kruklanek - zadbanego miasteczka, w którym niestety spotkaliśmy się z niechęcią żuli, którzy chwiali się na chodniku i akurat kiedy przejeżdżaliśmy obok nich, postanowili już nie markować zejścia na przejście dla pieszych, ale zrobić to naprawdę. Pokrzyczeli trochę najpierw, ale po chwili zadziałała u nich trzysekundowa pamięć rybki akwariowej i pamiętali już tylko o poszukiwaniu sposobu na zaspokojenie pierwszej potrzeby prawdziwego żula.
Za Kruklankami zrobiliśmy postój nad jez. Gołdopiwo, a potem zaczęliśmy wjeżdżać na teren Puszczy Boreckiej. Uwielbiam przejazd przez nią - niezłe gruntowe drogi, minimalna ilość samochodów, po drodze stare cmentarze. Mijaliśmy się tam ze starszym rowerzystą, z którym jeszcze parę razy się później spotkaliśmy. Na skraju puszczy zatrzymaliśmy się, żeby przygotować jakiś obiad. Za miejscowością Nasuty, tuż przed skrętem w lewo za zielonym szlakiem zaczepił nas przejeżdżający tam facet, który hoduje w okolicy jelenie. Przyznam, że po raz pierwszy usłyszałem o tego rodzaju hodowli.
Przejechaliśmy przez Błażejewo, piękne okolice Tatarskiej Góry, by tuż przy Górze Gołdapskiej wbić się w lasek, w którym spałem rok wcześniej - nie jest to niestety najpiękniejsze miejsce, ale przetestowałem je rok temu i nie było źle. Wieczorem odczułem trudy nieprzespanej w pociągu nocy i zdrzemnąłem się jakieś pół godziny, zaraz po zajechaniu na miejsce - był to też sygnał, że kondycja w tym roku nie jest najlepsza... Potem szybkie rozbijanie namiotu, kolacja i spanie...
Dzień Drugi, 26 lipiec 2008
Trasa: Gołdapska Góra - Gołdap - Jurkiszki - Hajnówek - zielony szlak pieszy przez Puszczę Romincką - bez szlaku do Żytkiejm - Kleksiejmy - Skajzgiry - Rakówek - Kłajpedka - Kłajpeda - Stara Hańcza - Dzierwany - Smolniki, 58 km
Dzień zaczyna się od szybkiego zjazdu do Gołdapi. Robimy jakieś zakupy, parę fotek i jedziemy na spotkanie Puszczy Rominckiej. Paweł pierwotnie zastanawia się, czy nie jechać szosą, ale szutrówce wiodącej w głąb puszczy udaje się go zwabić sympatycznym, bez nadmiaru piasku w zębach, uśmiechem ;)
Przejazd przez Puszczę Romincką był naprawdę piękny - spokój, przyroda, niezwykle rzadko jakiś samochód. Podczas jakiegoś postoju strażnik graniczny na wszelki wypadek informuje nas, którą drogą jechać, żebyśmy nie trafili do sąsiadów piszących cyrylicą. Po drodze decydujemy się dotrzeć od razu do Żytkiejm, więc we właściwym momencie zjeżdżamy z zielonego szlaku pieszego. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że jak zwykle podczas wyprawy łamie się w moim rowerze nóżka rowerowa. No, ale co zrobić - tradycja musi być zachowana ;)
Żytkiejmy zawodzą nas gastronomicznie - jedyna knajpa jest nieczynna. Pichcimy więc coś samodzielnie na przystanku autobusowym i ruszamy dalej - przez malownicze wioski i wioseczki, z których z pewnością zapamiętamy Kłajpedkę, gdzie akurat naprawiono drogę. Jak? A, przywieźli piasku i sypnęli na drogę... I już. Dziur nie ma, więc wszystko w porządku. Samochód jakoś przejedzie, gorzej z rowerzystami, że nie wspomnę o jeździe rowerem załadowanym sakwami. To był koszmar - próbowaliśmy przeciskać się bokiem drogi, gdzie piasek nie dotarł, ale to był najczęściej wąziutki paseczek, dosłownie jakieś paręnaście centymetrów czasem, a tuż obok było druciane ogrodzenie z "elektrycznym pastuchem" :D Teraz jednak ten koszmar całkiem miło wspominam, w końcu wyprawa bez takich wydarzeń nie byłaby wyprawą. Razem z nami przez krótki odcinek jechał starszy sakwiarz, którego poznaliśmy poprzedniego dnia w Puszczy Boreckiej.
W Starej Hańczy ponownie zjeżdżamy z równej drogi i wertepami kierujemy się do Smolnik. W sklepie podsłuchujemy rozmowę na temat pobliskiego gospodarstwa agroturystycznego i Paweł stwierdza, że dzisiaj jest ten dzień. Na miejscu okazuje się, że wygląda to całkiem fajnie - luksus żaden, nie ma nawet ciepłej wody, ale ja lubię domki na uboczu ;)
Jest więc dach nad głową, zimna woda oraz najprawdziwsza żaba, która pod prysznicem dostarcza rozrywki. Szczerze mówiąc cały ten kompleks wypoczynkowy (kilka, wieloosobowych, drewnianych domków) wyglądałby naprawdę nieźle, gdyby nie był tak zaniedbany. Podejrzewam, że za jakiś czas na miejscu domków zostanie tylko pole namiotowe, bo nikt chyba o to nie dba. Cóż, pijemy wieczorne piwo i kładziemy się spać.
Dzień Trzeci, 27 lipiec 2008
Trasa: Smolniki - Sidory - Jeleniewo - Szurpiły - Turtuł - Kruszki - Bachanowo - Wodziłki - Bachanowo - Błaskowizna - Bachanowo - Hańcza - Mierkinie - Kłajpeda - Okliny - Wiżajny - Rowele, 60 km
Tego dnia zamierzaliśmy przede wszystkim objechać Suwalski Park Krajobrazowy. Rano, w Smolnikach pomyliłem drogę - na szczęście szybko się zorientowaliśmy, że coś jest nie tak i podążyliśmy we właściwą stronę :)
Na początek był punkt widokowy "U Pana Tadeusza" - okolica, w której Wajda kręcił film pod wiadomym tytułem. Potem dojechaliśmy do mało przyjemnej szosy na Suwałki, z której z ulgą na chwilę zjechaliśmy, żeby podziwiać widoki z Góry Cisowej. Kiedy z niej zbiegłem okazało się, że Paweł nie ma zbyt wielkiej ochoty na wspinaczkę. Zacząłem go jednak przekonywać i okazało się że jeszcze mniej ma siły, żeby się opierać ;)
W Jeleniewie skręciliśmy na Szurpiły, żeby dojechać do miejscowości Turtul i obejrzeć geologiczną ciekawostkę - niestety, muszę przyznać, że znowu mam tam po co wracać... Nie udało mi się znaleźć właściwego punktu widokowego, żeby móc zobaczyć uwiecznianą na fotografiach niezwykłą regularność pagórków.
Niedaleko Bachanowa zatrzymaliśmy się po raz kolejny, żeby zobaczyć rezerwat "Głazowisko Bachanowo" - trzeba tam było kawałek dojść, ale było warto. Przez Bachanowo pojechaliśmy dalej, do Wodziłek - wioska, która wygląda jakby zatrzymał się w niej czas. A przynajmniej tego dnia tak wyglądała. Molenna Staroobrzędowców jak zwykle była zamknięta, za to widzieliśmy mężczyznę, który krzątał się przy "Ruskiej Bani" - dymiło się z niej aż miło było popatrzeć. Tak, to było miejsce w którym można przesiedzieć mnóstwo czasu. Ot, tak - żeby nasiąknąć atmosferą miejsca, jego spokojem. W końcu jednak trzeba było jechać...
Zrobiliśmy "w tył zwrot" i męczącą szutrówką (miejscami ciężko było nawet prowadzić rower pod górkę) wróciliśmy do Bachanowa, a stamtąd szybki skok do Błaskowizny, gdzie znaleźliśmy zejście nad jez. Hańcza, jakiś sklecony z desek, drewniany stół biwakowy i zabraliśmy się za kucharzenie. Odpoczęliśmy trochę i dalej, w stronę Wiżajn!
W Wiżajnach okazało się, że otwarty sklep to marzenie na wyrost, w dodatku godzina robiła się coraz późniejsza, więc przyszło po raz kolejny skorygować nieco zaplanowaną trasę. Cóż, od tego są plany, żeby je zmieniać. Dojechaliśmy do Roweli i tam chcieliśmy skręcić czerwonym szlakiem w las, żeby przenocować, ale okazało się, że Paweł jest praktycznie bez wody i musi pojechać choćby do najbliższej stacji benzynowej, żeby uzupełnić zapasy. Chociaż tak naprawdę to myślę, że chodziło o piwo, bo wodę można było w końcu wziąć choćby z jakiegoś gospodarstwa ;) Dojechał do Rutki - Tartak, wszystkie stacje były jednak pozamykane, na szczęście odbywał się jakiś festyn ludowy, gdzie można było zaopatrzyć się w chmielowy napój.
Podczas gdy Paweł zwiedzał okolicę ja robiłem zdjęcia aż w końcu stwierdziłem, że jak doczekamy do zmroku to nie musimy wcale męczyć się wjeżdżaniem dalej w las - możemy spokojnie rozbić się na skraju pastwiska, tuż przy skarpie, po której biegła szosa i praktycznie będziemy niewidoczni. Kiedy Paweł wrócił "z zakupów" przenieśliśmy się w tamto miejsce i przy kolacji, piwie doczekaliśmy do zmroku. Potem szybkie rozbijanie namiotów ablucje w garści wody i spanie.
Dzień Czwarty, 28 lipiec 2008
Trasa: Rowele - Rutka Tartak - Wingrany - Krejwiany - Liubavos - Kovai - Salaperaugis - Budzisko - Podwojponie - Wojponie - Wojciuliszki - Puńsk - Trakiszki - Kompocie - Przystawańce - Połuńce - Widugiery - Skarkiszki - Kielczany - Nowosady - Łumbie - Gryszkańce - Sejny, 73 km
Po zwinięciu obozu zajechaliśmy do sklepu w Rutce - Tartak, a potem kierunek - Wingrany! Jak zwykle miałem problem ze znalezieniem tego dawnego folwarku. A wystarczy przed mostkiem skręcić w lewo, pod górkę...
Potem rozpoczęliśmy poszukiwania przejazdu na Litwę, bo chcieliśmy przejechać gdzieś w tej okolicy przez las, a z mapy też wynikało, że istnieje tam jakaś taka tajemnicza droga... Pojechaliśmy więc wzdłuż granicy w stronę Krejwian i w miejscu, gdzie asfaltowa droga od granicy odbijała pojechaliśmy trawiastą drogą biegnącą wzdłuż ściany lasu. Wcześniej udało mi się zasięgnąć języka u miejscowych, którzy nadjechali traktorami i upewniłem się, że dobrze szukamy. Po paru kilometrach byliśmy na Litwie, w wiosce Liubavos. Niestety, mapy które mieliśmy nie za bardzo zgadzały się z odnajdowanymi drogowskazami, ale koniec końców trafiliśmy tam, gdzie chcieliśmy.
Tak, to była zbyt krótka przejażdżka i przyznam, że wolałbym jechać z dokładniejszą mapą mniej uczęszczanymi drogami, ale... co się odwlecze to nie uciecze - może za rok? Szczególnie powrót z tej krótkiej przejażdżki po Litwie był fatalny, bo przez dawne przejście w Budzisku. Tirowisko. Tir za tirem. I przed tirem. Jak nie tir to autobus. To było na szczęście tylko parę kilometrów i szybko uciekliśmy na drogę gruntową, żeby dojechać do Puńska.
To był z kolei przejazd przez polską Litwę - litewskie kapliczki, z litewskimi napisami. No i Puńsk - miasteczko, w którym ekspedientka w sklepie ze wszystkimi rozmawia po litewsku, a potem do mnie zwraca się elegancką polszczyzną. Zwiedziliśmy tam jeszcze skansen, w którym można się dowiedzieć jak wyglądała kiedyś zagroda litewska, kupiliśmy obowiązkowego kindziuka pojechaliśmy do Sejn, drugiej siedziby Litwinów w Polsce. W mijanych miejscowościach w dalszym ciągu często było widać tablice z litewskimi napisami.
W Sejnach poleciałem szybko do bankomatu, żeby zaopatrzyć się w pieniądze na dalszą podróż, a tu klops - pieniądze jeszcze nie dotarły. Pojechaliśmy więc na miejsce biwaku pod Sejnami, gdzie byłem dwa lata wcześniej i rozpoczęliśmy bitwę z komarami. Bitwa skończyła się dopiero w momencie dokładnego zamknięcia się w namiotach i wybicia wroga wewnątrz.
Dzień Piąty, 29 lipiec 2008
Trasa: Sejny - Sztabinki - Żegary - Ogrodniki - Hołny Wolmera - Berżniki - Dubowo - Wigrańce - Zelwa - Giby - Białowierśnie - Daniłowce - Sumowo - Żłobin - Krasnopol - Czarna Buchta - Jeglówek - Jegliniec - Wiatrołuża Pierwsza - Lipniak - Nowa Wieś, 72 km
Z samego rana zasuwam ponownie do bankomatu w Sejnach, który tym razem mi nie odmawia. Wracam i wypatruję przy drodze, czy Paweł wyłania się z lasu... Jest! Zabieramy się za czyszczenie łańcuchów, w końcu jedziemy.
Po drodze - jak codzień - wcinamy jogurt z bułami przy jakimś wiejskim sklepie. W Zelwie fotografujemy chaty w kolejnym skansenie, a za Krasnopolem zaczyna się jazda po szutrówce - rzuca nas jak cholera, bo zrobił się na niej "traktor", wreszcie dojeżdżamy do drzewka, które pamiętam z jednej z poprzednich wypraw i które oznacza, że zaraz dojedziemy do Wiatrołuży, do asfaltu...
Natykamy się tam na starszego człowieka, który najwyraźniej jest spragniony rozmowy z obcymi. Zaczyna szybko opowiadać koleje swojego życia, kontrast opowieści z opowiadającym jest niesamowity. I kontrast pomiędzy tym, co człowiek chciał osiągnąć i gdzie jest teraz. I rola w tym wszystkim bezlitosnej historii, systemu jaki wtedy w kraju panował...
Zaczynamy się wreszcie rozglądać za noclegiem, czyli szukamy znowu jakiegoś dachu nad głową - miejscowi podpowiadają nam jakiś ośrodek rehabilitacji, ale okazuje się, że niechętnie przyjmują tam bez skierowania ;) Szukamy dalej i w końcu znajdujemy w Nowej Wsi - osobny domek, z wszelkimi wygodami i przyjaznym psem - pieszczochem.
Dzień Szósty, 30 lipiec 2008
Trasa: Nowa Wieś - Okuniowiec - Suwałki - Poddubówek - Zielone - Wychodne - Trzciana - Korobiec - Chmielówka Stara - Taciewo - Piecki - Jemieliste - Stare Motule - Filipów - Garbaś - Matłak, 63 km
Rano docieramy do Suwałk, gdzie oglądamy kolejną molennę staroobrzędowców i zwiedzamy miasto. Przy okazji robimy zakupy w sklepie turystycznym - ja menażki i saszetkę na dokumenty, Paweł maselniczkę oraz ekspandery do mocowania bagażu.
Potem... zmieniamy nieco trasę, żeby jednak szybciej dotrzeć do doliny Rospudy. Robi się z tego nieco mniej ciekawy przejazd po okolicy Suwałk, a ja zaczynam odczuwać kondycyjne braki. Mieliśmy sympatyczną przygodę na niesympatycznej, ruchliwej drodze - traktorzysta, który nas wyprzedził zwolnił potem tak, że mogliśmy za nim spokojnie nadążyć i wykorzystać jako osłonę przed naprawdę mocno wiejącym nam tego dnia w twarz wiatrem. Pomachaliśmy mu w podziękowaniu... Potem Paweł ściga się z motorowerem i po rozpędzeniu się z górki swoim wielbłądem do prędkości 57 km/h wyprzedza go.
Dojechaliśmy do Filipowa, gdzie wypiłem kawę, kupiłem jakiś napój pobudzający, wszystko żeby się doprowadzić do stanu jako takiej używalności. Stamtąd dość szybko dojechaliśmy do Matłaka nad jez. Garbaś, gdzie zobaczyliśmy całkiem puste, pięknie położone pole biwakowe. Po krótkiej rozmowie z sołtysową postanowiliśmy tam zostać - godzina była co prawda jeszcze dosyć wczesna, ale dalej musielibyśmy dojechać do Dowspudy, gdzie koniecznie trzeba przecież zobaczyć pałac Paca, a nie chcieliśmy zwiedzać go ponaglani coraz późniejszą porą. Rozbiliśmy namioty, zawiesiliśmy pranie itd. Zjadłem wreszcie kolację i położyłem się spać pozostawiając Pawła samego, kontemplującego urodę jeziora i smak piwa.
Dzień Siódmy, 31 lipiec 2008
Trasa: Matłak - Bakałarzewo - Kotowina - Raczki - Dowspuda - Jaśki Leśne - Święte Miejsce - Szczebra - Augustów - Białobrzegi - Sajenek - Studzieniczna - Przewięź - Sucha Rzeczka - Gorczyca - Płaska, 93 km
Udało mi się wstać dość wcześnie, chyba przed szóstą i zacząłem się pakować. Po kilkunastu minutach spróbowałem obudzić Pawła, ale dobiegł mnie tylko głos z niedźwiedziej gawry: "jesz troch..." ;) Po kilkunastu kolejnych minutach wstał. Jakoś tak jednak wyszło, że spakowałem się dużo szybciej i postanowiłem wypróbować wariant, o którym nieraz rozmawialiśmy - wyjeżdżam wcześniej, a Paweł potem mnie dogania. I tak zrobiłem. W Bakałarzewie, czyli po ok. 20 km dowiedziałem się, że Paweł rozpoczyna pogoń.
Dojechałem do Dowspudy, gdzie pozwoliłem sobie na dokładniejsze obfotografowanie terenu, na którym stał kiedyś pałac Paca, nie chodziło w końcu o to, żeby goniącemu uciekać ;) Potem była gruntowa droga do Świętego Miejsca w dolinie Rospudy. Kiedy tam dojechałem, żałowałem trochę, że nie tutaj rozbiliśmy namioty ostatniej nocy. Ech, to byłoby przeżycie...
Posiedziałem trochę na brzegu pięknie wijącej się Rospudy, zrobiłem zdjęcia, potem znowu posiedziałem w ciszy - akurat nikogo nie było, a takie miejsca mocniej przemawiają, kiedy jest się samemu. Ruszyłem dalej - tuż przed Szczebrą znowu usiadłem na chwilę, żeby odetchnąć przed wjazdem na tirowisko, słynną szosę, o którą toczy się batalia w związku z wypadkami pod Augustowem.
Na szczęście musiałem przejechać tylko paręset metrów i skręciłem wraz ze szlakiem pieszym w prawo. Dzięki temu wyjechałem tuż przed Augustowem, gdzie była już droga rowerowa. W samym centrum trafiłem na bar i pomyślałem, że skoro i tak muszę czekać na Pawła to może zjem przy okazji obiad? Wolałbym co prawda zrobić to w jakimś piękniejszym miejscu, nad jez. Sajno, żeby mieć już większą część trasy za sobą, bo jakoś tak pamiętałem sprzed dwóch lat, że jazda z Sajenek do Studzienicznej najlżejsza nie była, ale koniec końców okazało się, że można w tym barze zjeść tanio i smacznie. Potem wstąpiłem jeszcze do sklepu turystycznego i kupiłem alumatę, bo coś zimno się w nocy zaczęło robić. Miałem zamiar już jechać, bo spędziłem w tym mieście dużo więcej czasu niż to potrzebne, kiedy zobaczyłem Pawła. Podpowiedziałem mu, że w okolicy jest fajny, tani bar, więc zdecydował się też zjeść obiad. Zamówiłem sobie kawę i poczekałem, a potem pojechaliśmy wzdłuż kanału.
Dotarliśmy do szosy z tablicą "Lipsk" i Paweł postanowił stąd pojechać jednak już własną drogą.
Przejechałem wzdłuż południowego brzegu jez. Sajno, kilkaset metrów szosą na Lipsk i potem w lewo do Sajenek. Niech szlag trafi ten piach na końcu! Tym bardziej, że dalej nie miało być lepiej (o tym to już pamiętałem), niestety za Sajenkami zbyt wcześnie skręciłem w lewo z niebieskiego szlaku pieszego, a drogi zamieniały się w coraz bardziej leśne aż w końcu jechałem po ściółce, w którą koła wpadały jak w gąbkę. Nie chciałem już jednak zawracać i tracić czasu na szukanie właściwej drogi, bo... bo pamiętałem, że tam wcale nie wyglądało to dużo lepiej. Zacząłem już nawet rozważać, czy nie rozbić namiotu w środku lasu, ale jakoś się jednak w sobie zebrałem.
Wreszcie dotarłem do namiotów na polach biwakowych pomiędzy jeziorem Sajenek i stawem Sajenek, i zielonego szlaku pieszego, którym w końcu dotarłem do szosy. Przyznam, że dostałem trochę w kość - często musiałem prowadzić rower, w piasku nie dało się po prostu jechać. Miałem nadzieję, że znajdę w Puszczy Augustowskiej piękne miejsce biwakowe sprzed dwóch lat, ale przegapiłem je. Postanowiłem więc poszukać agroturystyki w pobliskich wioskach i kiedy w Płaskiej zobaczyłem odpowiednią tablicę na jednym z domków to tam się zatrzymałem.
Gospodynią była starsza kobieta, która opuściła mi początkową cenę o 10 zł, kiedy dowiedziała się, że nie zamierzam korzystać z pościeli. Pokoik był malutki, ale za to z balkonem, z którego miałem ładny widok. Patrzyłem sobie popijając piwo aż ciemność zakryła wszystko...
Dzień Ósmy, 1 sierpień 2008
Trasa: Płaska - Mikaszówka - Gruszki - Skieblewo - Lipsk - Dąbrowa Białostocka - Różanystok - Grzebienie - Butrymowce - Kudrawka - Siderka - Sidra - Staworowo - Zalesie - Pawłowicze - Kowale Kolonia - Kuźnica Białostocka - Nowodziel - Klimówka - Malawicze Dolne - Wojnowce, 107 km
Wstałem wcześnie i krótko po 6:00 wyruszyłem w trasę. Początek był przyjemny do momentu dojazdu do odcinka Lipsk - Dąbrowa Białostocka. Nie przepadam za tą drogą. Potem jechałem trochę tak jak rok temu, ale postanowiłem to zmienić. Chciałem ominąć trasę na Sokółkę i wpakowałem się w niezłe wertepy. W Kuźnicy Białostockiej zjadłem obiad w barze żyjącym z kierowców oczekujących na przejazd przez granicę z Białorusią - posłuchałem jak mówiąc z obcym akcentem (ale spokojnie można było zrozumieć) próbują podrywać dziewczynę zza lady. W Malawiczach Dolnych zjechałem z nieciekawej szutrówki na brukowaną drogę, która mnie tego dnia dobiła - upał był nieziemski, a bruk taki, że miałem całkowicie dość po kilku kilometrach. Przed Wojnowcami wlazłem w las i schowałem się pomiędzy drzewami, a po jakimś czasie rozbiłem namiot. To był praktycznie dzień "dojazdowy" - ominąłem meczety, bo chciałem następnego dnia przed załamaniem pogody zdążyć do Starej Grzybowszczyzny.
Dzień Dziewiąty, 2 sierpień 2008
Trasa: Wojnowce - Zubrzyca Wielka - Babiki - Szczęsnowicze - Knyszewicze - Słoja - Słójka - Szudziałowo - Ostrów Płn. - Ostrów Płd. - Nowy ostrów - Górany - Stara Grzybowszczyzna ("Wierszalin" - cerkiew) - Górany - Nowy ostrów - Ostrów Płd. - Ostrów Płn. - Poczopek - Talkowszczyzna - Stare Trzciano - Sokołda - Podsokołda - Podsupraśl - Supraśl - Ogrodniczki - Nowodworce - Białystok, 89 km
Dzień zaczął się tak jak skończył się poprzedni - od fatalnego bruku. Ech, gdybym wiedział, że ta droga tak wygląda, pewnie pojechałbym inaczej, a tu się okazało, że tego bruku było łącznie ponad 15 km. W końcu dostałem się do Szudziałowa, a stamtąd do szosy Krynki - Białystok.
Obejrzałem cerkiew w Ostrowie, dojechałem do krańca asfaltu i szutrówką skierowałem się na Górany. Po drodze był już drogowskaz na Starą Grzybowszczyznę. W Góranach spytałem jeszcze miejscowych o drogę, ale tak wyjaśnili, że... W każdym razie korzystając z mapy trafiłem w lesie na szeroką drogę gruntową, a potem... potem zobaczyłem taką dziwną drogę skręcającą w las. Dlaczego dziwną? Sam nie wiem :)
W każdym razie pojechałem nią sprawdzając jednocześnie na liczniku odległość - postanowiłem przejechać maksimum dwa kilometry i wrócić, jeżeli w tym czasie nie trafię do cerkwi w Starej Grzybowszczyźnie. Trafiłem.
Była niedziela, więc stało tam już trochę samochodów, ludzi, a z cerkwi dobiegały prawosławne śpiewy. Zrobiłem parę zdjęć, a potem stanąłem z boku i przez długą chwilę wsłuchiwałem się w te głosy, a jednocześnie przypominałem sobie niezwykłą historię powstania tej świątyni...
Przy okazji pomyślałem, jak to się dziwnie czasem układa - w Ostrowie jest blisko głównej drogi cerkiew, ale nabożeństwo odbywa się tutaj.
Wróciłem do drogi na Białystok i powoli zacząłem się żegnać z kolejną wyprawą. Talkowszczyzna, Supraśl... Wreszcie jakaś droga rowerowa doprowadziła mnie niemal do centrum Białegostoku. Tam zdarzyło się jeszcze kilka zabawnych sytuacji, bo wszyscy kierowali mnie do dworca PKS mówiąc, że stamtąd już bez problemu dotrę przez kładkę do dworca PKP, a ja nalegałem na inny wariant wskazując na obładowany rower i uświadamiając rozmówcom, że ciężko z czymś takim wspinać się na kładkę. Nie do wszystkich to docierało, a jeszcze mniej osób potrafiło wyjaśnić jak dotrzeć bezpośrednio do dworca PKP. Tak naprawdę to w końcu trafiłem tam niemal przypadkowo. Jedno muszę przyznać - dworzec PKP w Białymstoku - kiedy już się do niego dotrze - jest o wiele ładniejszy i bardziej przyjazny dla rowerzysty niż szczeciński. Kilkanaście minut później zaczęło lać i grzmieć. I ten moment uznajmy za koniec wyprawy...
W pociągu do Szczecina zdarzyło się jednak jeszcze coś, o czym muszę napisać...
Na początku, do stacji Olsztyn, jechałem w przedziale sam - rower za szybką zawieszony na haku. Ponieważ byłem zmęczony położyłem się na siedzeniu i z głową na śpiworze (zwrócony w stronę przedziału z rowerem, żeby w razie czego móc obserwować ;) ) co jakiś czas drzemałem.
Nagle z drzemki wyrwały mnie jakieś głosy - zobaczyłem dwóch wstawionych gówniarzy zasuwających korytarzem, a potem ich głowy w przedziale, w którym znajdował się rower. Nie było tam niczego, co nie należałoby do mnie, wiec natychmiast się poderwałem i zobaczyłem następującą scenkę: minikark krzycząc "rower, rower, pojeździmy sobie!" (coś mniej więcej w tym stylu) złapał za kierownicę i zaczął z całej siły szarpać. Po chwili wyrwał hak, na którym rower był zawieszony, po krótkiej konsternacji rzucił rower na podłogę i razem z kumplem wyleciał na korytarz... na którym ja również byłem, niemal w tej samej chwili. Zobaczyłem ich plecy, bo zaczęli od razu uciekać do ostatniego w składzie wagonu.
Obok był przedział służbowy, więc natychmiast go otworzyłem, krzyknąłem konduktorom co się dzieje, a oni szybkim krokiem poszli za nimi. Po krótkim czasie wrócili z delikwentami (jednego musieli wyciągnąć z ubikacji, myślał że uda mu się przeczekać) i zaczął się cyrk z tłumaczeniem. Minikark próbował logiki: "ale przecież gdybym ja ten rower wyrwał ze ściany to siła rzuciłaby mnie na ziemię i miałbym ślady opon na koszulce, a proszę, nie ma żadnego śladu". Kiedy okazało się, że jest świadek, czyli ja spróbował inaczej: "nie będę się tłumaczył, tylko winny się tłumaczy".
Na jego nieszczęście okazało się, że sprawa będzie potraktowana z całą powagą, co oznaczało wezwanie SOK-istów. Panowie w mundurach przyszli i, kiedy okazało się, że tak czy siak, delikwent musi opuścić pociąg i udać się na wyjaśnienia - zmiękł i zaczął prosić o mandat: "dajcie mi mandat, zapłacę, ale nie zabierajcie mnie". Do chóru dołączyła jego dziewczyna, która stwierdziła kategorycznie: "ja go nigdzie nie puszczę, ja się nie zgadzam!". Niestety, panowie w mundurach byli innego zdania, uznali że zdanie dziewczyny nie ma żadnego znaczenia i wyciągnęli delikwenta z pociągu.
Traumy nie mam - najważniejsze jednak, że obręcz koła i szprychy okazały się naprawdę mocne i całą akcję rower przetrzymał bez uszczerbku. Niestety, przy okazji ucierpiała nasza reputacja przed Niemcami, którzy akurat w Olsztynie wsiadali do pociągu z rowerami. Po ogarnięciu całej sytuacji jeden z nich spytał się: " Did he want to steal your bike?"
Kiedy się dowiedział, że nie, kilka razy powtarzał ze zdumieniem: "just for fun...?"