Tegoroczna rowerowa wyprawa przebiegała trzema etapami: ze Słubic do Szklarskiej Poręby, potem ze Szklarskiej Poręby do Skierniewic i z Ełku do Suwałk.Czystej jazdy było 13 dni, przejechałem w tym czasie 1188 km, a więc jak łatwo obliczyć dziennie robiłem średnio około 91 km. Ze względu na dwutygodniowy odstęp w czasie pomiędzy ostatnimi dwoma etapami, opiszę te wyprawy na odrębnych stronach. A zaczęło się od introdukcji, ale może po kolei... ;)
Introdukcja - 29 lipca 2006
Wstałem dzisiaj o piątej rano i usłyszałem deszcz. Z jednej strony to dobrze, bo susza straszna, z drugiej - wkurzyłem się. Pierwszy dzień urlopu tak mnie wita?! Nie dość, że ma być upał w jakim normalny człowiek unika wysiłku fizycznego to jeszcze mam się pocić w jakimś przeciwdeszczowym kondomie?! Cóż, postanowiłem przynajmniej z godnością opuścić Szczecin...
Najpierw zająłem się wystawieniem całego podróżnego majdanu przed blok, bo wszystko razem było dla mnie zbyt ciężkie do noszenia (zmieniło się to po zakupie worka firmy Cross, w którym jechał namiot, śpiwór i karimata - wtedy już spokojnie mogłem przenosić rower razem z sakwami i przednią torbą). Potem była powtórka na schodach (tak, na schodach... :) ) do ścieżki rowerowej. I wreszcie ruszyłem. Jechało się fatalnie - z góry deszcz, a pod płaszczem przeciwdeszczowym pot. Przejechałem zaledwie 15 km i w Podjuchach stwierdziłem, że skoro nie muszę to męczył się nie będę :)
O 8:29 wsiadłem w pociąg do Kostrzyna, który dowiózł mnie do festiwalowego miasta o 10:50 - do Słubic dopedałowałem o 13:00. Przejechałem więc w ten dzień łącznie jakieś 50 km.
Po czterech dniach pobytu u Ani, czyli 2 sierpnia wyruszyłem dalej - umowa była taka, że Ania wyjeżdża następnego dnia samochodem, a ja dotrę do niej, do Szklarskiej Poręby 4 sierpnia.
Dzień Pierwszy, 2 sierpień 2006
Trasa: Słubice - Kunowice - Świecko - Rybocice - Kunice - Urad - Koziczyn - Sądów - Cybinka - Drzeniów - Gęstowice - Radomicko - Osiecznica - Krosno Odrzańskie - Dąbki - Dychów - Bobrowice - Chojnowo - Żarków - Łagoda - Wysoka - Starków - Bogaczów - Nowogród Bobrzański - Dobroszów Wlk. - gdzieś przed Gorzupią Dln. 111,59 km
Dzisiaj było w kratkę - słońce, deszcz, parę grzmotów w oddali. Kilka razy zmokłem i wysuszyłem się na słońcu. Wyjechałem o 7:00, obiad jadłem po drugiej, padał przy tym lekki deszczyk, zagrzmiało. Trasa wiodła mało ruchliwą drogą pomiędzy Słubicami a Uradem, potem parę km z blachosmrodami, próba jazdy przez las (Koziczyn - Sądów), ale kiedy zobaczyłem całkowicie zapiaszczoną drogę zjechałem z powrotem do trasy 29 i dojechałem nią do Krosna Odrzańskiego. Za Krosnem, po minięciu Bobrowic, znowu piękny kawałek boczną drogą do Bogaczowa. Niestety, prawie przed każdą wioską kończy się asfalt i trzeba się tłuc paręset metrów lub parę km po kocich łbach. Wytrzęsło mnie nieźle...
Widziałem parę urokliwych kościółków, malowniczych zapadłych dziur jak np. Łagoda. Ciężko zastanawiałem się, czy nie dojechać od razu do Żagania, bo jechało się dobrze, ale wtedy na liczniku miałbym prawie 150 km i trochę mnie to przeraziło ;)
Stwierdziłem, że to przesada, i tak przejechałem więcej niż kiedykolwiek z sakwami, jeszcze będzie czas na popisy, a na dzisiaj wystarczy - jeśli jutro przejadę choćby jakieś 90 - 100 km to 4 sierpnia zostanie z 50 km do Szklarskiej Poręby, więc nie ma sensu tak się przeciążać jednego dnia.
Dzień Drugi, 3 sierpień 2006
Trasa: gdzieś przed Gorzupią Dln. - Żagań - Trzebów - Rudawica - Świętoszów - Przejęsław - Osiecznica - Tomisław - Nowa Wieś - Zebrzydowa - Nowogrodziec - Milików - Gościszów - Wolbromów - Rząsiny - Ubocze - Gryfów Śląski - Wieża, 105,14 km
Noc była pogodna, dawno nie zdarzyło mi się zwijać kompletnie suchego namiotu o 6 rano - ani kropli rosy.
Żagań mnie oszukał - wpakowałem się w jakąś obwodnicę, nie chciało mi się potem zawracać, żeby zerknąć na miasto. Zresztą - tak naprawdę nie ciągnie mnie do miast. Wolę obcować z przyrodą, jechać mało uczęszczanymi drogami, spać w lesie. Za Żaganiem jak zwykle "psim swędem" ;) znalazłem drogę i ruszyłem wzdłuż Kwisy. Zabawna sytuacja zdarzyła się pod Świętoszowem - okazało się, że most zaznaczony na mapie nie istnieje... Na szczęście była prowizoryczna kładka, więc jakoś udało mi się przedostać na drugą stronę. "Jakoś" ponieważ zejście do niej było nieprzystosowane dla kogoś z obładowanym rowerem ;) W miarę spokojnie dojechałem do Nowogrodźca (ruiny klasztoru, pozostałości murów, stare, ładne, ale zaniedbane miasto), a potem się zaczęło... No, nie od razu, do Wolbromowa jeszcze jakoś było, ale zaczęło się to, czego się obawiałem - podjazdy. Nagrodą był widok gór. Widać było też jakąś dziwną górę, prawdopodobnie już po niemieckiej stronie - samotną i wyniosłą.
Dotarłem wreszcie do Gryfowa Śląskiego (niesamowita wieża ratusza), zrobiłem szybkie zakupy i pojechałem w kierunku Wieży, która zaczynała się zaraz za Gryfowem... w tym regionie są stanowczo zbyt małe odległości pomiędzy miastami.
Zobaczyłem wreszcie jakąś drogę w bok, potem mniejszą i jeszcze mniejszą aż trafiłem do jakiegoś mocno zniszczonego, przypominającego śmietnik, lasu. Wróciłem do drogi "główniejszej" i tam spotkałem parę idącą w kierunku przeciwnym. "Dokąd można dojść tą drogą" - zadałem pytanie i dowiedziałem się, że nad jezioro. Ponieważ jezioro skojarzyło mi się z gromadą kąpiących się i krzyczących, być może nocujących tam ludzi, więc postanowiłem zostać nieco wyżej, w lesie. Pogoda była ładna - wypiłem piwo "Piast wrocławski", a potem ni stąd, ni z owąd zaczęło padać.
Już w nocy, otworzyłem namiot by zerknąć na niebo, spojrzałem w ciemność, a z niej wyprysnął nagle ze skowytem mały, zwierzęcy kształt - przetuptał tuż obok namiotu i równie szybko zniknął. Nie wiem, co to było, ale nie było większe od kota.
Dzień Trzeci, 4 sierpień 2006
Trasa: Wieża - Mirsk - Świeradów Zdrój - Szklarska Poręba, 35.91 km
Lało całą noc, lało kiedy się pakowałem, lało kiedy składałem namiot. lało, gdy wyruszałem i później lało również... Przejechałem przez Mirsk, dotarłem do Świeradowa, została już "tylko" Szklarska poręba... Tia... ;) W coraz mocniej padającym deszczu wdrapywałem się pod coraz bardziej strome podjazdy. W końcu nie dałem rady i na odcinku około 4 km prowadziłem rower aż wreszcie zrobiło się mniej stromo i mogłem jechać. Deszcz nie robił już na mnie wrażenia - i tak byłem całkowicie przemoczony ;) - martwiła mnie jednak malejąca z powodu mgły widoczność, która nie przekraczała 20 m. Wreszcie zaliczyłem "zakręt śmierci" i szybko zjechałem do Szklarskiej Poręby, gdzie czekało mnie parę dni łażenia po górach z Anią, czyli odpoczynek pełną gębą i spanie pod dachem, w suchutkiej pościeli, prysznic, ech... ;)
Dzień Czwarty, 9 sierpień 2006
Trasa: Szklarska Poręba - Jelenia Góra - Dziwiszów - Podgórki - Stara Krośnica - Jurczyce - Mchów - Chełmiec - Piotrowice - Jawor - Snowidza - Mierczyce - Wądroże Wlk. - Polanka - Tyniec Legnicki - Ruja - Lasowice - Mazurowice - Małczyce - Lubiąż, 111.47 km
Po kilku dniach spędzonych z Anią w Karkonoszach, małej eksploracji gór i obserwacji jak mała rzeczka potrafi pokazać pazury i w ciągu kilkunastu godzin zniszczyć drogę Szklarska Poręba - Jelenia Góra, nadszedł czas, by ruszyć dalej...
Nie wyjechałem tak rano jak chciałem, bo ktoś "przestawił szczękę" rowerowemu siodełku. Po krótkiej telefonicznej utarczce z gospodarzami "Willi Róż" w Szklarskiej Porębie dowiedziałem się, że za nic nie odpowiadają.
Pojechałem do Jeleniej Góry zniszczoną przez powódź drogą - miejscami rzeka wyrwała ją aż do połowy. Zjazd do Jeleniej był świetny - pomimo, że hamowałem, jechałem miejscami ponad 50 km.
W okolicach Jawora dotarło do mnie, że opuściłem górskie trasy - zaczęły się równiny, ale widoki były i tak przepiękne, a cała trasa chyba najpiękniejsza z dotychczasowych. Rozbiłem się w lesie, nieopodal klasztoru, przy pięknej pogodzie.
Dzień Piąty, 10 sierpień 2006
Trasa: Lubiąż - Prawików - Rataje - Zagórzyce - Majęcice - Piotoniowice - Wołów - Staszowice - Pełczyn - Warzęgowo - Straża - Strupina - Piotrkowice - Raki - Kliszkowice - Żmigród - Osiek - Książęca Wieś - Łąki - Sułów - Miłosławice - Świętoszów - Milicz - Duchowo - Niesułowice - Młodzianów - Henrykowice - Borzynowo - Stara Huta - Wielgie Milickie - Górki - Wróbliniec - Bartniki - Uciechów - Rzeczyce - Odolanów - Huta, 121.78 km
Wczoraj dwie sarny podbiegły wieczorem do miejsca w lesie, w którym się zatrzymałem na nocleg - zaskoczone moim widokiem zakotłowały się w miejscu i pobiegły dalej. Dzisiaj rano, kiedy wyszedłem z namiotu również spłoszyłem sarnę.
Trasa była dziś krajobrazowo przepiękna, co jednak okupiłem wytrząsając tyłek na kiepskich drogach ;) Zapomniałem też, że arystokracja w naszym kraju zbiedniała, więc od Książęcej Wsi jechałem kiepską drogą gruntową. Lasy są tam jednak piękne...
Dzisiejszy dzień można nazwać slalomem nad Baryczą - tyle razy ją dzisiaj przekraczałem.
Dzień Szósty, 11 sierpień 2006
Trasa: Huta - Dębnica - Antonin - Mikstat - Grabów nad Prosną - Racławice - Kraszowice - Kuźnica - Czajków - Gałki - Błota - Brąszewice - Ostrów - Brzeźnio - Zapole - Barczew - Wola Będkowska, 86.33 km
Wstałem po piątej. Kiedy wynurzyłem się z lasu trafiłem na dwóch miejscowych, którzy najpierw zamilkli na mój widok, ale potem jeden z nich zażartował: "Co pan tak po lesie muchy straszysz?" ;).
Na pytanie skąd jadę podałem odległą o parę km miejscowość, nie musieli przecie wszystkiego wiedzieć...
Po kilku godzinach jazdy leśnymi drogami (kosmiczna podróż, bo miejscowości mijane w terenie nie zgadzały się z tymi na mapie, ale drogowskazy prowadziły wciąż tam, gdzie jechałem i do-jechałem), w Brąszewicach zaczęło kropić - założyłem foliową pelerynę, która pasowałaby na zawodnika sumo i popędziłem, żeby znaleźć jakąś wiatę, bo niebo wyglądało groźnie. Po paru km znalazł się sklep z dobudowaną wiatą, ławkami itp. Zaczęło lać jak cholera i grzmieć. Pod wiatę dosiadło się paru miejscowych, pytania "skąd - dokąd" i niedowierzanie w oczach po usłyszeniu odpowiedzi. Deszcz w końcu zelżał, burza po wysłaniu kilkunastu piorunów po okolicy bliższej i dalszej, zamilkła, więc towarzystwo się rozeszło, a ja zrobiłem wreszcie obiad. W lekkiej mżawce, przystając pod wiatami przystanków, gdy się nasilała, ruszyłem dalej aż wreszcie się rozpogodziło. Tyle, że zaczęło mi się cholernie ciężko jechać - byłem zdziwiony, dlaczego tak nagle opadłem z sił...?!
Wreszcie usłyszałem dziwny dźwięk spod tylnej opony - flak ;)
Podpompowałem i przez kilka chwil było lepiej, ale na krótko. Zatrzymałem się, zdjąłem bagaż, rower "do góry kołami" - wymiana dętki. Niby trwa to tylko chwilę, ale nagle zorientowałem się, że przez te wszystkie wydarzenia powinienem już szukać miejsca na nocleg. Bez namysłu skręciłem w drogę prowadzącą przez pole do zagajnika rosnącego w oddali i na tym zakończyła się moja dzisiejsza wędrówka. Tylko 86 km, a liczyłem na 110 - 120 km. Trudno, tak bywa, i tak jest świetnie :)
Dzień Siódmy, 12 sierpnia 2006
Trasa: Wola Będkowska - Prażmów - Burzenin - Widawa - Rogoźno - Józefów - Patoki - Zalesie - Łąki - Żabki - Puchawica - Rożniatowice - Wola Rożniatowska - Kącik - Wadlew - Dłutów - Leszczyny - Tężewy - Górki - Tuszyn - Żeromin - Czarnocin - Remiszewice - Będków - Rosocha - Wykno - Rudniki - Olszewka - Ujazd - Niewiadów - Zaosie, 108.66 km
Częściowo "dzień gospodarczy" - mycie w rzeczce, smarowanie roweriu. Okazało się też, że koło nie jest krzywe jak myślałem od rana jadąc po wymianie dętki ;) - poprzedniego dnia w pośpiechu źle założyłem dętkę i oponę, i pozostało wybrzuszenie. Na szczęście po paru km kopania mnie przez tylne koło w tyłek poprawiłem ten błąd. Przez pierwszą część dnia przejechałem bardzo mało, w drugiej dostałem kopa. Nocleg w jakimś lasku, nieprzyjemnym, niedaleko Zaosia.
Dzień Ósmy, 13 sierpnia 2006
Trasa: Zaosie - Budziszewice - Mierzno - Żelechlinek - Sokołówka - Dzurdzioły - Rawa Mazowiecka - Kaleń - Wólka Lesiewska - Biała Rawska - Koprzywna - Biała Rawska - Rawa Mazowiecka - Niwna - Kurzeszyn - Kaczorów - Strzyboga - Podtrzcianna - Skierniewice PKP - pociąg do Szczecina - dworzec PKP Szczecin Główny - dom, 100.9 km
Deszcz. Deszcz co chwilę. Przystanki pod wiatami. Sterczenie w Rawie Mazowieckiej w bramie jakiejś przychodni, potem na dworcu PKS. Potem jazda w kierunku Grójca zakończona pod wiatą w Koprzywnej i kolejnym przeczekiwaniem deszczu, grzmotów. Zniechęciło mnie to na tyle, że postanowiłem dojechać do Skierniewic i stamtąd pociągiem do Szczecina. Na drodze do Skierniewic totalne chamstwo kierowców w ogóle nie przejmujących się tym, że jest mokro, że po szosie jedzie jakiś rowerzysta aż w końcu ląduję w rowie - bez wywrotki, ląduję na kołach, ale musiałem prawie uskoczyć, bo debil wyprzedzający mnie TiR-em nie przewidział, że samochód z naprzeciwka nie będzie chciał zjechać ze swojego pasa i spycha mnie z drogi... W pociągu trafiam na dwóch sakwiarzy, którzy przez trzy tygodnie jeździli po Litwie, Łotwie, Estonii. W słońcu. Cały czas w słońcu. Postanowiłem odpocząć w Szczecinie i potem pojechać dalej, od razu przenieść się pociągiem na Suwalszczyznę, ale o tym będzie na innej stronie.
Ta część wyprawy nie była zbyt dobrze przygotowana - kompletny żywioł, wyznaczanie trasy z dnia na dzień, co czasem było kompletnie nietrafione. Bez korzystania z przewodników. Ot, żywiołowa przejażdżka połączona z wypoczynkiem na łonie natury. Owszem, jest to fajne, ale zaczęło mi czegoś brakować, same kilometry szczęścia nie dają ;) I dlatego do jazdy po Suwalszczyźnie przygotowałem się inaczej...