start kontakt linki

wyprawy

wyprawy skierniewice 2006 suwalszczyzna 2006 polska egzotyczna 2007 suwalszczyzna-podlasie 2008

teksty

fotografia linux

gdzie indziej

picasa 23hq

Linux

Komputerami zainteresowałem się bardzo późno. Jeszcze dzisiaj pamiętam jak w latach 90-tych toczyłem walki słowne ze znajomym, udowadniając mu, że to tylko bezduszne maszyny i wszelkie przymioty umysłu rozwijają się o wiele lepiej bez nich. Każdy może się mylić, prawda? :)

Potem nastąpiły czasy mniej lub bardziej ciekawych gier na Atari, ale już wtedy skopiowałem sobie na dyskietkę DOS... i w pracy zapamiętale wklepywałem komendy na czarnym ekranie. To był tylko terminal, bez dysku twardego nawet, więc uruchamiałem go z dyskietki i na niej przeprowadzałem wszelkie operacje.

Wreszcie dorobiłem się własnego 486 DX 4 i zacząłem poznawać system operacyjny z Redmond. To były czasy bezkarnego piractwa,legalnych programów zresztą praktycznie NIE BYŁO. Kilka lat później, w 1997 roku zakupiłem kolejny komputer, Pentium 200 MMX, z którym przyszło mi spędzić więcej czasu, razem z nim nabyłem modem i zacząłem poznawać smak - mocno limitowany niestety - błądzenia w cyberprzestrzeni.

W prasie zaś zaczęły pojawiać się artykuły o INNYM SYSTEMIE OPERACYJNYM. Innym niż Windows... Najpierw zdziwiło mnie, że COŚ INNEGO w ogóle istnieje chociaż słyszałem oczywiście już wcześniej co nieco u UNIX-ach. Z ciekawości i z wypiekami na twarzy zainstalowałem Red Hat 4.0. Nie pamiętam, kiedy to było, ale chyba około 1998 roku. Pierwsze zderzenie z systemem było straszne: na czarnym ekranie pojawiło się pytanie o LOGIN... :/ Pamiętałem, że ustawiałem w czasie instalacji - całkiem bezproblemowej - jakieś hasło, ale o jaki login mogło do jasnej cholery chodzić?? Dwa dni mi to zajęło. Dwa dni, w ciągu których zakupiłem ceglastą książkę o Linuksie i znalazłem tam słowo ROOT... Co to było za szczęście, kiedy wreszcie udało mi się zalogować! ;) Jeszcze większa radość, gdy wstukałem "startx" i wcisnąłem enter. Potem jednak były już schody, nic, prawie nic nie było podobne do Windows. Żeby zmienić menu musiałem edytować jakiś kosmiczny - jak wówczas mi się wydawało - plik konfiguracyjny, a okienka wydawały się brzydsze. Na jakiś czas Linux poszedł w odstawkę, ale nie w zapomnienie. Ziarno zostało zasiane... ;)

Od tamtej pory, co jakiś czas próbowałem różnych dystrybucji, z reguły były to nowsze Red Haty aż w końcu pojawił się Mandrake 6.1. I to był przełom dla takiego amatora jak ja. Po raz pierwszy uruchomiony Linuks miał całkiem ludzką twarz, i był całkiem przystojny. Owszem, jeszcze przez jakiś czas częściej uruchamiałem Windows (niestety, zakupiony skaner nie miał szans działać po linuksem), ale wciąż testowałem i zauważałem jedną, bardzo ważną rzecz: linuks praktycznie się nie zawieszał. No, a na dodatek mogłem nie przejmować się wirusami. Winda była uruchamiana coraz rzadziej aż od początku 2003 roku stało się to bardzo, bardzo sporadyczną czynnością...

No, dobra, ale w tym wszystkim nie ma najważniejszego, co się stało, że tak naprawdę zacząłem korzystać TYLKO z linuksa? "Moja historia" jest chyba dość dziwna. Owszem, stabilność, brak wirusów - to ważne, bardzo ważne. Równie ważne stało się jednak dla mnie to, że nagle w gazetach i nie tylko zaczęto nazywać mnie złodziejem. Nie, nie dlatego, żebym stał się bohaterem jednej z popularnych w naszym kraju afer, ale dlatego, że nie płaciłem za używane na komputerze oprogramowanie. Zdarzyło mi się zakupić np. Pajączka, i to nawet dwie wersje, Skrybę, czy parę innych, ale większość oprogramowania na moim kompie była nielegalna, bo nie byłoby mnie nigdy stać na zakup. Próbowałem to zmienić szukając oprogramowania freeware na Windows, ale sam system operacyjny w tym czasie rozwijał się, pojawiały się wciąż nowe wersje, a przecież nie będę odkładał co miesiąc ze swoich skromnych zarobków pieniędzy, żeby uzbierać kilkaset złotych na kolejną wersję systemu... Wymagało to radykalnego działania, nadszedł moment, w którym pomyślałem "nazywacie mnie złodziejem? Ok, pieprzę was. Od teraz korzystam z Linuksa". Od tej pory jestem "legalny" i mam spokojną duszę ;) Może to dziwne, ale to był naprawdę ważny bodziec do porzucenia windy. Jeśli chodzi o linuksa to cały czas się uczę, nie jestem młodym ani starym geekiem, parę rzeczy wciąż jeszcze nie działa, ale nie przeraża mnie to. Najważniejsze, że przestałem korzystać z windy, wyrzuciłem ją zwyczajnie z dysku i tyle.

Ta "choroba" zresztą postępuje, bo nabieram ochoty na system mniej związany z jakąkolwiek firmą, jak używany aktualnie Mandrake, i do głowy przychodzi mi Debian. A że jestem amatorem, więc myślę, by drogę do Debiana rozpocząć od ułatwionego Ubuntu. Stay tuned, historia toczy się dalej... ;)

Copyrighted by meak ;)